Produkt dodany do koszyka

3 (54) 2018 - Porównanie i metoda. Metody studiów porównawczych.

Bilans literatury polskiej 1918–2018

Piotr Müldner-Nieckowski

(Uniwersytet Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie)

1. Jak zmieniło się w ciągu wieku podejście twórców literatury polskiej do materii pisarskiej?

Nie jestem literaturoznawcą, lektury zawsze dobierałem na zasadzie „podobania się”, a nie systemowo, dlatego moje spojrzenie, interpretacje i poglądy są oparte na kryteriach osobistych, to znaczy bardziej przyjemnościowych niż fachowych. Moim zdaniem największe zmiany zaszły w latach 30., potem (z pominięciem socrealistycznej szmiry) zaraz po roku 1956, wreszcie w drugiej połowie lat 70.

Jednym z pierwszych „poważnych” polskich utworów prozatorskich, które przeczytałem w życiu, była Lalka Prusa, wkrótce po niej był Generał Barcz Kadena-Bandrowskiego, wtedy rzeczy trudne dla mnie do zrozumienia, bo byłem dzieckiem. Potem był Sienkiewicz i (już trochę pod wpływem szkoły) powieści Żeromskiego. Wdrażałem się, że tak powiem. Poruszyły mnie Syzyfowe prace (byłem wściekły na przyczyny degradacji moralnej Marcina Borowicza w konfrontacji z kolegą protestującym przeciw kłamstwom głoszonym przez rosyjskiego nauczyciela; do dziś mi się to w różnych odmianach fabularnych i personalnych śni), ale prawdziwy wstrząs przeżyłem, kiedy przeczytałem Wspólny pokój Uniłowskiego oraz Zazdrość i medycynę Choromańskiego. Te dwa utwory otworzyły mi oczy na możliwości prozy, zasygnalizowały, że – jak to kiedyś określił Henryk Bereza – można w niej używać języka nie tylko prozatorskiego, lecz także innego, poszerzonego, a więc – jak to sam określam – „własnego, najlepiej siedzącego w moich niepowtarzalnych ustach”. Przede wszystkim, uświadomiłem sobie również dzięki Worcellowi (Zaklęte rewiry) – i już wcześniej, bo w „Lalce” urzekło mnie to, że polska proza potrafi sięgnąć także w głąb społeczeństwa, oderwać się od szekspirowskiego schematu, według którego wszystko, co ważne, musi się dziać na szczytach władzy, w górnych partiach państwa, w arystokracji itd. O otwarciu prozy na nowe sposoby narracji zadecydowały próby korzystania z poszerzonego słownictwa i rozluźnionej gramatyki (zwłaszcza w dialogach), które dały ogromne (w porównaniu z wcześniejszymi) możliwości wyrazu. Jeszcze przed wojną były trochę nieśmiałe, ale już widoczne. Podejrzewam, że wpływ na to miały przemiany w poezji, zwłaszcza dramatyczne próby oderwania się od modernizmu w kształcie nadanym przez Młodą Polskę i zniesienia rygorów tego, co w poezji właściwe, a co nie. Miało to paradoksalnie związek z ugruntowaniem się pozycji Skamandra i zarazem Awangardy Krakowskiej. Oba kierunki, mimo deklarowanej sprzeczności celów, zmierzały do odświeżenia literatury, a Awangarda dodatkowo miała wyczuwalne podłoże polityczne, mocno lewicowe. Z jednej strony Skamander zaczął wprowadzać elementy języka dawniej „zakazane”, takie jak z zasady potoczna frazeologia i kolokwializmy, ale również zróżnicowaną tematykę, stosowanie frazy wynikającej z osobowości autora, a nie obowiązującego stylu, łącznie z sięganiem nawet do elementów kabaretowych (Tuwim) czy ludycznych i pogodnych, nazwałbym je „radującymi” (Wierzyński). Świadomość, że takie teksty są nie tylko tolerowane, lecz także wielbione przez czytelników, musiała bardzo ośmielać następców, o ile potrafi li z tego skorzystać. Z drugiej strony Awangarda ośmieliła pisarzy (prozaików i poetów) do przyjęcia postawy walczącej, agresywnej, z wnoszeniem maksimum treści i wyrazu zawieranych w minimum słów, zatem do oszczędzania słów, zwięzłości fraz, nośności metafory, eliminowania pustych treściowo wyrażeń. Tendencje te nie miały czasu na rozwinięcie, bo wszystko zerwała wojna, a zaraz po niej jedynie Tadeusz Różewicz ciągnął ten dwukadłubowy wózek, czego i jemu też w końcu niejako zakazano, wprowadzając obowiązujący socrealizm. Po 1956 r. ujawniło się wielu pisarzy, przede wszystkim poetów ze Zbigniewem Herbertem i Mironem Białoszewskim, prozaików z Markiem Hłaską, Markiem Nowakowskim i Ireneuszem Iredyńskim, krytyków z Andrzejem Kijowskim, którzy odrzucając socrealizm, próbowali się przebijać ze spuścizną skamandrycko-awangardową i korzystać z niej. Uważam, że nie zanikł pierwiastek romantyczny, a nawet w niektórych realizacjach prozatorskich się nasilił. Trudno to wydobyć w kilku słowach i tu egzemplifi kować, bo osobiste techniki stylistyczne różnych pisarzy nieraz bardzo skrzętnie to maskowały (na przykład Władysław Lech Terlecki, Janusz Krasiński, Józef Hen, Kazimierz Brandys, Andrzej Braun, Wiesław Myśliwski, a ze starszych Teodor Parnicki, Leon Gomolicki i dziesiątki innych), ale oczywistym faktem było wręcz pielęgnowanie tego pierwiastka. Podejrzewam, że sprzyjał temu ślad tkwiący w umysłach jak zadra, który pozostał po socrealizmie, a który – to kolejny paradoks – był w moim mniemaniu odmianą romantyzmu podlaną obfi cie sosem heglowsko-marksistowskim, który dość często z romantyzmem się rozprawia pozornie (jak w klasyku Wandy Wasilewskiej Ojczyzna), a zmianie uległy jedynie wymiar społeczny oraz podporządkowanie funkcji państwa, a ściślej – partii, i debilnie druzgocąca krytyka feudalizmu sprzężonego z kapitalizmem. Ogólny ton miał podłoże właśnie takie, z pierwszej połowy XIX wieku, sprzed pozytywizmu, tylko w zakresie hierarchii przedstawianego społeczeństwa zsunięte w dół. Być może decydująca o wszystkim władza chciała, aby ludności ta twórczość jednak się podobała, a że ludność była wychowana na romantykach i ich spadkobiercach, takich jak zestawiani w jednym szeregu Mickiewicz, Słowacki i Sienkiewicz, sprawa wydawała się przypieczętowana. Stan modernizmu z lat tuż po Październiku przedłużał się, niektórzy uważają nawet (przychylam się do tej tezy), że trwa do dzisiaj, a to dlatego, że pojawiające się w drugiej połowie lat 70. tendencje postmodernistyczne nie umiały się dobrze zakorzenić ani w prozie, ani przede wszystkim w poezji, która decydowała o ogólnym wyrazie, o tendencji stylowej całej literatury. 

Sporo zamieszania wprowadziła Orientacja Poetycka Hybrydy, która w przeciwieństwie do rzeczywistej świadomości narodowej i politycznej większości młodych twórców była zanadto lewicowa, a w każdym razie zbyt mocno sprzyjała władzy. Pusta wewnętrznie poezja tej formacji w sumie była zdradziecka, ponieważ nieprawdziwie oddawała to, co myśleliśmy ja i moje pokolenie – tak to odbierałem. Także w pewien sposób oszukańcza, ponieważ podpierała się autorytetami, które gdyby żyły, na pewno by zaprotestowały, takimi jak Cyprian Kamil Norwid.

Na początku lat 70. szczęśliwie pojawił się ożywczy prąd, który wymiótł Orientację, nazwany trafnie Nową Falą (Julian Kornhauser, Stanisław Barańczak, Adam Zagajewski, Jerzy Kronhold, Wit Jaworski, Stanisław Stabro, Paweł Heszen, Ryszard Krynicki, Krzysztof Karasek, Leszek Szaruga, Jarosław Markiewicz i inni, późniejsi) i właściwie on ostatecznie ukształtował to, co w głównym nurcie poezji dzieje się do dzisiaj, choć pozornie z nowofalowej stylistyki i treści nie zostało prawie nic. Został jednak ogólny kształt, wyraz, klimat tamtej poezji, sposób myślenia poetyckiego, pod względem formy trochę skojarzony z „różewiczyzmem” („leci Różewiczem”, mówi się złośliwie o autorze piszącym długie wiersze o krótkich linijkach), otwarty na wszystko, co rzeczywiste i prawdziwe, nieunikający gier językowych, mówiący wprost, co się społeczeństwu i prostemu człowiekowi ma prawo w państwie polskim podobać, a co nie, ale także penetrujący indywidualne, osobiste problemy psychologiczne i moralne, nawet skupione jedynie na sobie (powstała odmiana spersonalizowanego stylu nowofalowego, zwana „nową prywatnością”).

Nie uniknęliśmy zalewu grafomanii poetyckiej, który przybierał na sile już w połowie lat 90. i podtrzymuje potop do dzisiaj. Drukować jest łatwo, może to robić każdy, kto pójdzie do pobliskiej drukarni cyfrowej i ma parę złotych w kieszeni. Niestety prawdziwie dobra poezja zginęła przytłoczona tysiącami tytułów bezwartościowych. To tragedia wielu wspaniałych poetów. Zostali nakryci przez cudaczne i szmaciane tomiki niczym całunem. Szarańcza grafomanów nauczyła się pisać teksty imitujące dobrą poezję. Na tym polega nasz obecny kłopot. Umieją to robić. Na widoku publicznym (czytaj: prasowym) ostały się tylko najgłośniejsze nazwiska, a nowi zdolni prawie nie mają szans na zaistnienie. Ratunek w dobrych redaktorach dobrych wydawnictw i czasopism. To oni powinni dokonywać zdrowego odsiewu.

(Poezja Czesława Miłosza, mająca korzenie w połowie XIX wieku, szczególnie w Mickiewiczu, i niemal w pełni osobna Wisławy Szymborskiej, a także kazus św. Karola Wojtyły – poety, to zjawiska, które w tej wypowiedzi się nie mieszczą, bo są zbyt obszerne, a nie mają ścisłego związku z pytaniami ankiety; muszę je więc pominąć).

Proza przeżywała te czasy inaczej. Umocniony przez poszerzenie bazy leksykalnej i tematycznej modernizm pozostał w najogólniejszych zarysach sobą w zasadzie do dziś, ale do głosu doszła tendencja sięgania do źródeł językowych, tematycznych, psychologicznych i moralnych zawartych w doświadczeniu życiowym własnym autorów, a traktujących źródła cudze lub wymyślone ex nihilo jako kłamliwe, nieprawdziwe, sztuczne lub co najmniej wątpliwe. Myślę, że właśnie to podchwycił i bezbłędnie wykorzystał do uwidocznienia pararuchu literackiego Henryk Bereza. To on wyłapywał pisarzy pewnego rodzaju, bardzo uzdolnionych, samodzielnych i niezależnych od stylów i tendencji, piszących sobą i siebie, akceptujących style i odmiany języka, które odpowiadają ich psychice, a odrzucających inne, z talentem przetwarzających materię rzeczywistości w wiarygodny opis tego świata, autorów przeważnie początkujących.

Recenzował ich i komponował teorię nowej prozy. Teoria ta okazywała się coraz bardziej spójna i możliwa do sprawdzenia na przykładach. W wiarygodnym skrócie opisał swoje boje i je uzasadnił w eseju pod tytułem Powtórzenie, drukowanym w tomach Bieg rzeczy (1982) i Sposób myślenia (1989). To wymienieni tam autorzy, bardzo różni pod względem pisarskim (to były i nadal są wielkie indywidualności), młodzi i także odrobinę starsi wiekiem, jak Edward Stachura czy Marian Pilot, lecz niekoniecznie mający duży staż, stanowili rodzaj „stajni Berezy”, w znacznej części reprezentującej zjawisko, nazwane przez niego „rewolucją artystyczną”, które miało dość nieostrą cezurę czasową. Oponenci klęli w żywy kamień, rzucali oskarżenia i potwarze, ale czytać „Berezowych ludzi” nie chcieli. Mieli swoje lektury, lepsze. Berezę konformistycznie starano się wykluczyć, nikt bowiem sam nie chciał ryzykować środowiskowego wykluczenia siebie, nawet jeśli wiedział, że chodziłoby o świadczenie za prawdą. Bardzo zaszkodzono w ten sposób wiedzy o literaturze również dzisiejszego czasu, gdyż właśnie tamci pisarze mieli duże znaczenie dla tego, co w prozie mamy dzisiaj, a to jest negowane. Sam Bereza także nie był zupełnie bez winy, ponieważ przyjmował pozę księcia literatury, którego słowo jest święte, a także początkowo pomijał twórczość pojawiających się nowych autorów lat 80., na przykład Stasiuka czy Tokarczuk.

Krytycy, literaturoznawcy i zastani pisarze przeważnie nic z tego nie rozumieli, traktowali Berezę lekceważąco lub nawet wrogo, a jego faworytów z kpiną lub gniewnie, nie czując, że zapoznanie się z tą literaturą może przynieść im wymierne korzyści, ponieważ jest naprawdę wartościowa, ba, wtedy była i atrakcyjna czytelniczo (dziś to radykalnie zbladło, ale wciąż są nowi zwolennicy). Ciekawe, że jednym z najlepszych pisarzy tej grupy był Jan Drzeżdżon, i to jego wyśmiewano; był opluwany przez ludzi, którzy nie przeczytali ani jednego jego słowa. Po prostu żył na kaszubskim uboczu i nie miał takiego zasięgu jak mieszkający w Warszawie czy Krakowie, którzy mogli przyjść i walnąć pięścią w stół, jeśli nie w oponenta. Nie zauważono, że w wielu elementach właśnie on wyprzedził główne tendencje (z realizmem magicznym na czele) literatury iberoamerykańskiej, że wprowadził składniki postmodernistyczne, takie jak ostrożne i „wiarygodne” reinterpretacje historii czy mitów. W stajni Berezy Drzeżdżon nie był oczywiście jedyny.

Wiele dobrego można powiedzieć o czujności rozpoznawczej Henryka Berezy i jego pozytywnych wnioskach wynikających z analizy prozy mniej czy bardziej „rewolucyjnych”: Andrzeja Łuczeńczyka, Romana Wysogląda, Krystyny Sakowicz, Józefa Łozińskiego, Marka Słyka, Andrzeja Turczyńskiego, Dariusza Bittnera, Ryszarda Schuberta, Janusza Andermana, Marka Sołtysika, Donata Kirscha i wielu, wielu innych. Ciekawe, że z pewnych względów formalnych do tej grupy można by zaliczyć nawet starca Leopolda Buczkowskiego, który w swych poszukiwaniach prozatorskich szedł tropem trochę podobnym do Mirona Białoszewskiego, a jak sugeruje Bereza, być może czerpali z niego, w kwestii językowych nowości, Słyk, Bittner, Kirsch i inni. Nie penetrował jednak ani nie tworzył tak ciekawie jak oni nowej semantyki. To jednak pisarz z innej przegródki. Złośliwie, gdyż jak inaczej to określić, przypisywano prozie tych pisarzy cechy socparnasizmu, twierdząc, że ukradkiem przypochlebia się komunizmowi. Nic bardziej fałszywego, było dokładnie odwrotnie. To proza ogromnie zróżnicowana gatunkowo (od biografistyki po czystą fantastykę), stylistycznie, leksykalnie, i co najważniejsze ideologicznie. Nie dostarczała władzom żadnego alibi. Znam większość tych autorów osobiście i wiem, co mówię; jeśli już grali z komuną, to nie jako jej zwolennicy czy oportuniści. Ich twórczość stosowała bowiem pogłębione techniki uników i aluzji, nieraz wprawiające cenzurę w prawdziwy kłopot diagnostyczny.

Krach nastąpił z ogłoszeniem stanu wojennego, który miał cechy likwidatorskie w wielu dziedzinach, także w kulturze, a w literaturze w szczególności. Komunizm bał się prawdziwej literatury jak ognia i kropidła. Posunięto się nawet do likwidacji Związku Literatów Polskich (1983) i utworzenia związku nowego, kadłubowego, potocznie zwanego „zlepem”. Uważam, że lata 80. zostały dla rozwoju literatury stracone, rewolucja artystyczna się załamała, postmodernizm nie znalazł poczesnego miejsca (może to i dobrze, bo nie jest to kierunek rozwijający estetykę i rozum) i choć od tamtego czasu do dziś powstało wiele znakomitych, wręcz wybitnych utworów, to nie spotkałem już próz odkrywczych formalnie, tematycznie czy stylistycznie.

Jeszcze gorzej działo się po wyborach czerwcowych w 1989 r. Pierwsze pociągnięcia rządu T. Mazowieckiego, a zwłaszcza Minister Kultury i Sztuki I. Cywińskiej (zapewne zgodne z jakąś do dziś nieujawnioną doktryną) w sprawie literatury i pisarzy polskich były dla następnych 29-letnich losów naszej literatury raczej zgubne niż pozytywne. Opisałem to kilka lat temu w paru pracach. Nikt nie protestował, wręcz przeciwnie, interesowano się tymi tekstami i je cytowano, więc chyba podałem prawdę. Znam ją z autopsji. Odsyłam na przykład do artykułu Kryzys literatury w postmodernizmie wspomaganym przez lifestyle, „Lamus” 2013, 1(11), s. 12–21. 

2. Które gatunki prozatorskie i poetyckie cieszyły się największą popularnością w 1918 roku, a które są popularne teraz? Jakie są tego przyczyny?

Z biblioteki, którą rodzice przywieźli ze swego inteligenckiego i kulturalnego domu we Lwowie do Zielonej Góry w 1945 r., a na której zaczynałem swoją edukację, wnoszę, że mogły to być dzieła wielkich romantyków, też Sienkiewicza, Przyborowskiego, Struga, Kadena-Bandrowskiego, Słońskiego, Berenta; było sporo wspomnień, biografii i publikacji rocznicowych popowstaniowych (1831, 1863), dużo ciekawych przekładów głównie z niemieckiego i francuskiego, mniej z angielskiego, ale przede wszystkim znaczna liczba książek przygodowych, podróżniczych i kowbojskich Karola Maya i autorów mi nieznanych, zazwyczaj zupełnie poślednich. Sporo czytadeł, tak zwanych romansów i „dzieł z wyższych sfer”. Drukowano tych rzeczy mnóstwo. Technicznie były odpowiednikami dzisiejszych pocketbooków i pewnie przeznaczenie miały podobne. Teksty to były często fatalne, mogły zadowolić tylko najbardziej niewybrednego czytelnika. Nazwiska autorów takich pozycji nic mi zresztą nie mówią, historia o nich milczy. Nasuwa się myśl, być może na wyrost i nieuprawniona, że rok ów sprzyjał przede wszystkim literaturze historycznej, poświęconej legionom, ukazała się mądra książka Piłsudskiego o powstaniu 1863 roku, utwory wspierające myśl o odradzaniu się Polski. Tego było najwięcej, a zaraz potem kilka broszur o wojnie z bolszewikami 1920.

Dziś mamy sytuację zgoła odmienną: nikt nie myśli o wojnie i walce o niepodległość, ludzie zapomnieli i trzeba organizować rocznice, aby się dowiedzieli. Nastąpił odwrót od czytelnictwa, czego przyczynę upatruję w rozwoju nowych technik ludycznych, przede wszystkim obrazkowych, oraz w przyspieszeniu życia, rozwoju mediów społecznościowych i powiązanym z tym masowym, bezpiecznym zbieraniem informacji osobistych o ludziach (za ich pełną zgodą), natłoku, chaosie i degradacji prawdziwości informacji typu prasowego. Wytworzyły się wzorce tekstologiczne, które w minimum słów zawierają maksimum treści atrakcyjnej fabularnie, ale banalnej intelektualnie, bo jest adresowana do odbiorcy mało wykształconego, za to masowego, gdyż jest to z założenia powiązane z dystrybucją reklamy.

Dzisiejszy czytelnik postrzega „nudę, rozwlekłość i pustosłowie” (określenie użyte przez grupę moich studentów) u autorów nawet z lat całkiem nieodległych, bo 90., nie mówiąc o Sienkiewiczu czy Żeromskim, dla niego „pisarzach nieczytelnych”. Takim postawom czytelniczym wtórują niestety wydawcy i to oni dobierają do planów wydawniczych pozycje proste, łatwe i przyjemne, ignorując literaturę reprezentującą kulturę wysoką, zachęcającą do przeżywania emocji i uczuć, a także do myślenia. Na przykład proza Piotra Wojciechowskiego, która byłaby niezwykle atrakcyjna w latach 70. czy 80., dziś szuka ofi cyny, która zgodziłaby się wydać choćby nakład próbny. Księgarze we współpracy z hurtownikami biorą na półki „wyłącznie książki, które się sprzedadzą w ciągu dwóch tygodni, bo magazyn ma ograniczoną pojemność”. Słowa te, może nieco przesadne, dobrze ilustrują sytuację.

Dzisiejszy potencjalny odbiorca zaczyna ogląd książki od wyszukiwania elementów świadczących o tym, że nie jest nudna. Nie musi być mądra, piękna językowo, wystarczy, że się przy niej nie zasypia automatycznie. Sądzę, że tendencja preferowania łatwej literatury ulega powoli wyhamowaniu i następuje już trochę zauważalny nawrót do tego, co człowieka wzbogaca, a nie tylko bawi, nie tylko zabija czas. Pierwsze wciśnięcie hamulców w procesie zanikania czytelnictwa nastąpiło w momencie, kiedy zniknęły wypożyczalnie wideo, był to początek lat dwutysięcznych. Hamowanie trwało krótko, ale było zauważalne. Teraz następuje powolne rezygnowanie z nieustannego oglądania telewizji i uwaga czytelników przesuwa się do mediów społecznościowych, które jednak niosą dużo więcej zachęt do czytania niż media dotychczasowe. Pojawia się samokontrola językowa i w zakresie wiedzy encyklopedycznej, czego dawniej nie było. Zmienia się też stosunek do gier komputerowych, nieśmiało, ale jednak zaczyna się powrót do gier planszowych i klasyków, takich jak szachy i brydż. Dzieje się to niejako według schematu, który mówi, że ludzkość musi się nasycić nowością, aby się nią w pewnym momencie znudzić.

Powyższe obserwacje odnoszę do prozy. Z poezją jest trochę inaczej. Potrzeba pisania krótkich, zwięzłych form rejestrujących przeżycia była, jest i będzie zawsze. To sztuka obok rzeźby, obrazu i pieśni – bazowa. Funkcję tę pełni głównie mało artystyczne wierszowanie, które znalazło oparcie w Internecie. To tu młodzież uczy się pisania wierszy i robi to całkiem nieźle, choć niestety jest to przeważnie zwyczajne naśladownictwo. Ująłbym to tak: powielane są dobrze napisane utwory dobrych poetów, potem się je wtórnie przekształca (w obawie o posądzenie o plagiat), ale w ten sposób transferuje powtórzenia, które stają się zbanalizowane, oparte na schematycznej obserwacji, ze znanymi chwytami metaforyki i ze specyficznym „językiem poezji”. Są wtórne, są swoistymi kopiami, ale nieraz nawet dość zgrabnymi. Powstał też model wiersza konkursowego, to jest rozgadany, dość inteligentny, ale jednak bełkot, który sugeruje, że autor ma coś do powiedzenia, podczas gdy powtarza motywy opisu trudnego życia w trudnym kraju, w trudnym mieście, w trudnej rodzinie, z trudną żoną lub mężem i wspaniałymi dziećmi, które są geniuszami, podczas gdy autor przeżywa gehennę. Niestety książek poetyckich ludzie-piszący-wiersze nie kupują i wątpię, żeby to się zmieniło. Nigdy zresztą poezja nie była dobrym towarem handlowym, nawet wśród poetyckich „zawodowców”. Nie musi być, bo nie o to w niej chodzi.

CAŁY TEKST JEST DOSTĘPNY W WYDANIU PAPIEROWYM „TEKSTUALIÓW” I W PRENUMERACIE INTERNETOWEJ CZASOPISMA.

Wyrażam zgodę na przetwarzanie danych zgodnie z Polityką prywatności. Jeśli nie wyrażasz zgody, prosimy o wyłącznie cookies w przeglądarce. Więcej →

Zmiany w Polityce Prywatności


Zgodnie z wymogami prawnymi nałożonymi przez Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE, w niniejszym Serwisie obowiązuje nowa Polityka prywatności, w której znajdują się wszystkie informacje dotyczące zbierania, przetwarzania i ochrony danych osobowych użytkowników tego Serwisu.

Przypominamy ponadto, że dla prawidłowego działania serwisu używamy informacji zapisanych w plikach cookies. W ustawieniach przeglądarki internetowej można zmienić ustawienia dotyczące plików cookies.

Jeśli nie wyrażasz zgody na wykorzystywanie cookies w niniejszym Serwisie, prosimy o zmianę ustawień w przeglądarce lub opuszczenie Serwisu.

Polityka prywatności